WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Na Mickiewicza wiedzieliśmy wszystko

– Bawiliśmy się na podwórku za blokiem, w którym mieszkaliśmy – każdy przynosił swoje rzeczy, zabawki, gry, książki, razem czytaliśmy i się nimi wymienialiśmy. Bawiliśmy się też w gruzach, budowaliśmy z nich różne rzeczy, wieżę albo domek, ale było bezpiecznie – rodzice o nikogo się nie martwili.

Tekst: Natalia Koralewska
Zdjęcie: Renata Dąbrowska

Instytut Langfuhr –

Chcesz dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu lokalnej tożsamości?
Wesprzyj nas – zostań Patronem/Patronką Wrzeszcza!

 

NATALIA KORALEWSKA: Jak znalazł się pan na ulicy Mickiewicza?

WOJCIECH KNERA: Ojciec przyjechał do Gdańska z matką w 1945 roku, żeby szukać pracy i nowego miejsca do życia. Najpierw znalazł pięciopokojowe mieszkanie przy ulicy Kochanowskiego. Zajął je, ale gdy poszedł do pracy, to ktoś inny wszystkie rzeczy wystawił mu ze środka i zamieszkał sam. Ojciec musiał poszukać nowego, w czym pomogła mu koleżanka. To było na Mickiewicza, naprzeciwko poczty. Tym razem pilnowali go wszyscy: rodzice na zmianę, koledzy i koleżanki. I tam już zostaliśmy.

W państwa domu zostało coś po poprzednich lokatorach?

Jak się wprowadziliśmy na Mickiewicza, to na strychu stały jeszcze bardzo eleganckie drewniane kufry. Kuchnia była wyposażona, stał młynek do kawy, czajniczki do kawy, naczynia, a wśród nich niektóre pozłacanie czy sztućce posrebrzane. A w pokojach obrazy w pięknych ramach.

Jakich mieliście sąsiadów? Został tam ktoś po wojnie?

Pamiętam stare gdańszczanki, które ludzie wyzywali od najgorszych. Spuszczały tylko głowy i przechodziły szybkim krokiem, a przecież były Bogu ducha winne. Było mi ich bardzo szkoda. W naszym sąsiedztwie mieszkał stary gdańszczanin, babka i wnuczek. Ten chłopak czasem do nas przychodził, żeby się pobawić, ale jej się to nie podobało – trzymała go w domu, żeby tylko nie wychodził na podwórko, była dla niego okrutna. Na Chrobrego mieszkał pan Hallmann, który kiedyś na śmigus dyngus zbudował wielką strzykawkę, żeby z dołu przez otwarte okna psikać wodą dziewczynom do pokoi. Ale to była zabawa! Były też inne rodziny, ale w końcu wszyscy wyjechali do Niemiec i ślad po nich zaginął. Tyle, że oni wszyscy mówili po Polsku, byli stąd. Wtedy to nie miało znaczenia, bo jako dzieci wszyscy byliśmy równi i trzymaliśmy się razem.

Gdzie się bawiliście?

Nie potrzebowaliśmy żadnego placu zabaw. Bawiliśmy się na podwórku za blokiem, w którym mieszkaliśmy – każdy przynosił swoje rzeczy, zabawki, gry, książki, razem czytaliśmy i się nimi wymienialiśmy. Obok była stolarnia i wielkie drzewo orzechowe – jak byliśmy mali, zrywaliśmy orzechy jeszcze zanim dojrzały i często były z tego powodu awantury z rodzicami i sąsiadami. Bawiliśmy się też w gruzach, budowaliśmy z nich różne rzeczy, wieżę albo domek, ale było bezpiecznie – rodzice o nikogo się nie martwili. Zimą jeździliśmy po ulicy na łyżwach. Samochody jeździły tędy raz na jakiś czas – braliśmy laskę, łyżwy, przyczepialiśmy się do auta i zjeżdżaliśmy w dół, aż do Hallera. Obracaliśmy się wokół dzielnicy, nie jeździliśmy do innych, bo nie było po co.

A charakterystyczny budynek poczty na Mickiewicza? Czy to był ważny ośrodek życia dzielnicowego?

Chodziliśmy tam wysłać listy, odebrać paczki, dzwonić, wysłać pieniądze. Ale jako młody chłopak chodziłem tam przede wszystkim po to, żeby zbierać znaczki – wpadałem raz na jakiś czas podpytać, czy pojawiło się coś nowego.

Coś jeszcze pan kolekcjonował?

Miałem tysiąc widokówek – wszystkie niezapisane. To dlatego, że należałem do Klubu Amerykańskiego, w którym byli ludzie z całego świata. Pisałem do nich co mnie interesuje i w odpowiedzi dostawałem pocztówki, czasem też znaczki. To były eleganckie rzeczy, moje okno na świat, dzięki którym dowiadywałem się jak wyglądają inne miasta, perły zagranicznej architektury.

Oknem na świat było lotnisko na Zaspie. Było ważne w życiu dzielnicy?

Czasem szliśmy tamtędy na skróty w drodze nad morze, a czasem tak po prostu – na wycieczki. Nie było płotu, więc można było swobodnie przejść. Jak zauważyli nas strażnicy, to ganialiśmy się po całym terenie. Nie mieli wtedy aut, więc zawsze prędzej, czy później uciekaliśmy, byliśmy szybsi. Pamiętam też jak w 1954 roku samolot spadł na dom przy ulicy Kościuszki.

Do dziś widać odbudowany ślad. Było słychać huk?

Nic nie było słuchać, po prostu wieść szybko rozeszła się po dzielnicy. Poszedłem z ojcem zobaczyć, co się stało. Samolot dosłownie wbił się w dom, piloci niestety zginęli. Innym razem samolot odrzutowy bardzo długo krążył nad lotniskiem i w końcu wylądował awaryjnie przy samych domkach na plaży.

Dokąd chodziło się na plażę?

Siedzieliśmy całymi dniami w Brzeźnie. Jak byłem młodszy to jeździłem z ciotkami, które spędzały u nas wakacje. Braliśmy ze sobą cały majdan, ręczniki, kanapki, książki i szliśmy na tramwaj, który odjeżdżał z ulicy Waryńskiego. Czasami trzeba było dwa tramwaje przepuścić, bo tylu ludzi jeździło. Cały dzień siedzieliśmy w wodzie, a do domu wracaliśmy późnym wieczorem. Jak dorosłem, to jeździłem z kolegami, już bez rodziny – pływaliśmy czasem bardzo daleko od toru wodnego.

Chodziliście do Górnego Wrzeszcza?

Dopiero w technikum zacząłem chodzić zimą do Górnego – na narty. Tam był tor saneczkowy, do którego szło się ulicą Podleśną, wśród pięknych domów, i miejsce na narty zjazdowe. Górka była łatwa, więc chodziliśmy tam z kolegami pozjeżdżać.

Dokąd chodziliście ze znajomymi?

Do pijalni piwa, we Wrzeszczu było ich kilka. Pierwsza tam, gdzie teraz Emalia. Wcześniej to był sklep rybny, a potem otworzyli bar piwny Pod Rybką. Kolejny był na rogu Wallenroda i Lelewela – właściciel miał na imię Jurek, to pijalnia nazywała się U Jurka. I jeszcze jedna była na Grażyny – w miejscu, gdzie była kiedyś biblioteka. Lokal wynajęły dwie siostry, dlatego mówiło się: „Idziemy do biblioteki”, albo „do sióstr”. One nie pozwalały sobie w kaszę dmuchać, miały posturę. Jak ktoś podskakiwał, to brały go za fraki i wyrzucały na zewnątrz. Teraz bym nie wszedł do takiego lokalu – ale wówczas nie było gdzie wypić piwa. Wszyscy tam przychodzili: od dyrektorów po menelstwo, to były jedyna miejsca na spotkanie przy piwie. My chodziliśmy na jedno albo dwa, zawsze elegancko ubrani.

Zadawaliście szyku?

A jakże! Na garnitur musiałem zapracować w wakacje. Materiał miałem od teściowej mojego brata, która prowadziła sklep tekstylny. Z nim szedłem do krawca na rogu Hallera i Mickiewicza. Tam urzędował pan Budzich – elegancko szył. Miałem z pięć garniturów i wszystkie szyte na miarę.

A gdzie się bywało w latach 80. i później? Słyszałam, że było kilka ciekawych miejsc we Wrzeszczu.

Był klub Ster przy ul. Grunwaldzkiej, w budynku obok domu towarowego Neptun. Na Wajdeloty była restauracja, w której były dansingi – w Dworze Kuźniczki, nazywała się Lotos. Ale, że to były czasy wojny w Wietnamie, potocznie mówiliśmy na to miejsce Laos. Kiedyś, żeby wejść do takiej knajpy trzeba było mieć „kontakty”, albo gotówkę w kieszeni. Tak samo było w Pod Kominkiem, który jest w miejscu, gdzie teraz znajduje się centrum Manhattan.

Od niemal ćwierć wieku nie mieszka pan już we Wrzeszczu. Dużo się w nim zmieniło?

Wrzeszcz bardzo się zmienił! Przede wszystkim jest więcej linii tramwajowych – kiedyś przecież była tylko „ósemka”, która kończyła swój bieg w zajezdni przy Kościuszki. Poza tym ulice są ładnie odnowione – Wajdeloty, okolica placu Komorowskiego, jest osiedle mieszkaniowe w miejscu dawnego Browaru i nie ma stawu. No i dzielnica się rozrosła – kiedyś życie kończyło się na granicy z lotniskiem. Ale ulica Mickiewicza jest bardzo zaniedbana. Przydałaby się nowa nawierzchnia i nowy chodnik. Zresztą teraz to jest lokalna ulica przelotowa, a kiedyś bawiliśmy się na środku, bo prawie nikt tu nie jeździł.

Jest coś za czym pan tęskni?

We Wrzeszczu spędziłem właściwie pół życia. Miło było, byliśmy zżyci ze wszystkimi sąsiadami, znaliśmy się. Kiedyś ludzie chyba byli trochę inni, poukładani, poważniejsi. Oczywiście w naszej dzielnicy też mieszkali „złodziejaszki”, bandziory. Ale pomimo tego czułem się bezpiecznie. Nie było większych konfliktów, przynajmniej z tymi z naszego podwórka. To była moja dzielnica.