LudzieMiejscaFotoreportażWideoMapa

Bez Wrzeszcza byłbym kimś innym

Wchodziliśmy na dachy budynków, wieże kościołów, poznawaliśmy niesamowitych ludzi, szukaliśmy starych napisów poniemieckich, śladów przeszłości. Odwiedzaliśmy instytucje, zadawaliśmy pytania, jednocześnie poszukiwaliśmy danych w opracowaniach i źródłach, tak niemiecko-, jak i polskojęzycznych.

Tekst: Natalia Koralewska
Zdjęcie: Renata Dąbrowska

Instytut Langfuhr –

NATALIA KORALEWSKA: Urodziłeś się na historycznym osiedlu „Kolonia Rzeszy”. Co kryje ta nazwa?

JAN DANILUK: Nazwa sięga dokładnie przełomu XIX i XX wieku, kiedy Gdańsk rozwijał się geograficznie i demograficznie. Rosła liczba pracowników przemysłowych, w tym robotników Stoczni Cesarskiej i w związku z tym brakowało dla nich przestrzeni mieszkalnej. We współpracy władz centralnych w Berlinie i urzędników miasta Gdańska – za pomocą powołanego do życia towarzystwa mieszkaniowego – powstało osiedle przeznaczone głównie dla robotników i urzędników niższego szczebla. To był pewnego rodzaju eksperyment. Kwartał do 1945 roku nazywany był Reichskolonie, czyli Kolonią Rzeszy. Po wojnie stał się po prostu Kolonią. Ale nazwa nie jest w powszechnym użyciu.

No to skąd wzięli się tam Danilukowie?

Rodzice mojej matki pochodzą z Wielkopolski – okolice Kalisza, Turka i Koła. Natomiast mój dziadek od strony ojca był Ukraińcem, obywatelem II RP, który na Pomorze przyjechał jeszcze jako żołnierz Wojska Polskiego w 1945 roku. Poznał młodą Gdańszczankę, która wychowała się w kulturze niemieckiej, ale znała zarówno język kaszubski, jak i polski. Do dziś tak naprawdę nie wiem, czy można ją jakoś zaszufladkować – inna sprawa, czy to naprawdę niezbędne?

Zamieszkali na Polankach, które były wówczas jedną z ostoi Danzigerów. Tam urodził się mój tata, wychował się i spędził młodość, następnie zaś na nowym Osiedlu Wejhera. Po ślubie zamieszkał z rodziną mojej mamy przy ulicy Mariana Smoluchowskiego, dziś na Aniołkach. Znajomy z czasów studiów taty na Politechnice Gdańskiej dał mu znać o wolnej działce na terenie dużego, poniemieckiego sadu przy ul. Sebastiana Klonowicza. W 1979 r. tata ukończył budowę dużego domu dla swojej rodziny, w której zamieszkał z żoną, teściami i dwójką dzieci, moim starszym rodzeństwem. I ja się tu urodziłem, wychowałem i mieszkam do dziś. W ogrodzie rośnie nadal m.in. bardzo stara jabłoń i grusza – szacujemy, że oba drzewa mają ponad 80 lat. Na ulicy Klonowicza zresztą do dziś stoją jeszcze dawne bliźniaki, zbudowane w połowie lat trzydziestych. To oczywiste, że tereny poniemieckie, ale już co najmniej tak samo moje – polskiego gdańszczanina.

Opowiedz proszę o Wrzeszczu lat 90. – swojego dzieciństwa.

Dolny Wrzeszcz wyraźnie różnił się od Górnego, który był bardziej „wielkomiejski”. To po drugiej stronie nasypu kolejowego dzielącego dzielnicę były kina, na które chodziło się na seanse z klasą ze szkoły, sklepy i domy towarowe Sezam i Neptun, tzw. Manhattan. Była Grunwaldzka pełna samochodów i tramwajów. A tuż przy nasypie miejsce trochę dla mnie magiczne, trochę niebezpieczne – tak przynajmniej na to patrzyłem – czyli rynek przy ul. Białej. Chodziło się tam podpatrywać pirackie płyty z grami komputerowymi czy kasetami magnetofonowymi.  Dolny Wrzeszcz był raczej senny, z niewielką liczbą inwestycji. Mam wrażenie, że zmieniał się wolniej niż inne części Gdańska.

Nawet nie używaliśmy nazwy „Dolny Wrzeszcz”. To był mały świat – fyrtel, w którym się funkcjonowało. Z nostalgią wspominam działający przystanek SKM-ki Gdańsk Kolonia. Przez całą podstawówkę każda wycieczka do Gdańska – do kina czy muzeum, zaczynała się na tym wąskim, brukowanym peronie. Pamiętam strach w oczach nauczycielek, kiedy pociąg wjeżdżał na ten niewielki przystanek. Wycieczki miały swój folklor. To były opłotki Wrzeszcza, zresztą do dziś nimi są.

Jak wspominasz własne podwórko?

Mentalnymi granicami mojego podwórka były ulice Mickiewicza, Hallera i Kolonia Żeńcy. To były czasy, kiedy biegało się z kumplami po ulicy, grało w piłkę, jeździło na rowerze, przesiadywało na placach zabaw. Jeszcze nie tak dużo siedzieliśmy przed komputerem, bo mało kto je miał. W czwartej klasie podstawówki na około 25 dzieciaków w mojej klasie byłych chyba tylko … dwa, może trzy? Nie do wiary, prawda? Dziś śmiać mi się chce, ale pamiętam doskonale, jak otwarto w dzielnicy pierwszy fast food, czyli zapiekanki, sprzedawane w małej budce naprzeciw „wrogiej” 52-ki, czyli Szkoły Podstawowej nr 52 na ul. Tadeusza Kościuszki. Tuż obok była nasza 64-ka, im. Marii Skłodowskiej-Curie). Te zapiekanki to była furora! Jednym z ciekawszych miejsc były kolonijki, czyli wielka przestrzeń ogródków działkowych pomiędzy Brzeźnem a Wrzeszczem. Dzieliła się, i dzieli nadal, na dwie części: pierwszą zamieszkaną, na której są niewielkie domy i drugą, gdzie były już same altany wypoczynkowe i ogródki. To był nasz naturalny rewir, który przypominał wówczas Dziki Zachód. Można było spotkać kury, krowy, króliki i całe mnóstwo gołębiarzy. Jeździliśmy tam na wycieczki rowerowe, czasami chodziliśmy na szaber zbierać mirabelki. Kolonijki to w ogóle osobny temat, miejsce, które ginie bezpowrotnie. O ile więc nazwa Gdańsk Kolonia była mi dobrze znana, to dopiero kilkanaście lat później zrozumiałem, że nie wzięła się ona znikąd, że jest za tym historia.

Opowiadaj!

Cała przestrzeń, na której znajdują się ogródki działkowe to podmokłe łąki. Płynie tam wiele cieków wodnych, m.in. Redefka, która jest skanalizowana. Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku zbudowano na granicy z Brzeźnem nowoczesną oczyszczalnię ścieków. Względy sanitarne nie pozwalały, aby w niewielkiej odległości było osiedle mieszkaniowe. To spowodowało, że ogródki działkowe – część z nich powstała jeszcze w okolicy zanim wybudowano oczyszczalnię – nie tylko zostały rozbudowane, ale i przetrwały tyle lat od 1932 roku. Na potrzeby niemałej społeczności zamieszkującej te peryferie miasta w latach trzydziestych zbudowano drewnianą halę, rodzaj świetlicy i miejsca zebrań. Stała ona na skrzyżowaniu ulic Daliowej i Kolonia Żeńcy. Po II wojnie światowej krótko pełniła nadal miejsce spotkań, czy organizacji różnego rodzaju wydarzeń. W czerwcu 1946 roku był to np. jeden z lokali wyborczych podczas niesławnego referendum. Później jednak podupadł. Ja go pamiętam przede wszystkim jako dość obskurną siłownię. Spłonął kilka lat temu.

Kiedy poznałeś losy dzielnicy?

Pod koniec podstawówki wpadło mi w ręce wydanie „Był sobie Gdańsk”, w którym znalazłem dużo historycznych zdjęć Wrzeszcza. Ta publikacja przez wiele lat była moją małą encyklopedią wiedzy o dzielnicy. W liceum trafiłem do klasy dwujęzycznej. Na zaliczenie jednego z przedmiotów zrobiłem projekt na temat dawnych, przedwojennych nazw ulic w Gdańsku. Czytałem książki Jerzego Sampa i Andrzeja Januszajtisa. Zacząłem uważniej obserwować dobrze znane mi z dzieciństwa miejsca i zaułki. Poznałem daty powstania domów na mojej ulicy oraz losy przedwojennych mieszkańców. Niektóre odkrycia miały dla mnie wymiar osobisty. Głaz, który od zawsze był elementem krajobrazu, nagle stał się pomnikiem. Zrozumiałem, dlaczego od wielu lat kilkoro starszych panów zapala przy nim znicze 1 listopada – chodzi tu o odsłonięty w czerwcu 1939 r. pomnik poległych marynarzy podczas I wojny światowej. Dziś stoi na placu bp. O’Rourke – w 2014 r. został przeniesiony poza ogrodzenie przedszkola (pierwotnie przez dziesięciolecia stał w tym samym miejscu, a więc na terenie powojennego przedszkola). Wiedza, że żyjemy w przestrzeni poniemieckiej była ze mną od zawsze. Pasja poszukiwacza sprawiła, że pewne miejsca i obiekty przestały być anonimowe. Zauważyłem, że stoi za nimi opowieść i to odkrycie sprawiło, że zafascynowałem się historią.

Szybko okazało się, że jest was więcej.

Z Jarkiem Wasielewskim znaliśmy się od podstawówki i obaj interesowaliśmy się historią. Podczas jednego ze spotkań zaczęliśmy się zastanawiać, co wiemy na temat naszej dzielnicy. To były już czasy kafejek internetowych, które pozwoliły nam na poszukiwania historyczne także w sieci. Informacje, do których docieraliśmy były zaskakujące i coraz bardziej nas wciągały.

W bibliotekach brakowało opracowań dotyczących Wrzeszcza. Były już książki o historii Brzeźna, Stogów, czy Nowego Portu. Wkurzało nas, że nie ma porządnego opracowania o Wrzeszczu. Pomyśleliśmy sobie „A co, nasz Wrzeszcz jest gorszy?” i dlatego postanowiliśmy założyć stronę: www.dolnywrzeszcz.pl.

Jak zaczynało dwóch pasjonatów?                                                                     

Poszukiwanie i weryfikowanie informacji sprawiło nam dużo frajdy. To był czas eksploracji: zarówno bibliotek, archiwów i zbiorów prywatnych, rodzinnych, jak i nowych miejsc – innymi słowy, uczenia się fachu historyka od podszewki. Wchodziliśmy na dachy budynków, wieże kościołów, poznawaliśmy niesamowitych ludzi, szukaliśmy starych napisów poniemieckich, śladów przeszłości. Odwiedzaliśmy instytucje, zadawaliśmy pytania, jednocześnie poszukiwaliśmy danych w opracowaniach i źródłach, tak niemiecko-, jak i polskojęzycznych. To właśnie z tego powodu pojechałem prywatnie po raz pierwszy do Berlina i spędziłem parę dni, metodą prób i błędów, myszkując w bibliotekach. Odtąd to miasto już zawsze kojarzyć mi się będzie z gmachem Staatsbibliothek zu Berlin na Unter den Linden.

Było też kilka śmiesznych incydentów podczas wspólnych poszukiwań. Któregoś razu uruchomiłem przez przypadek dzwonnice w kościele przy ulicy Mickiewicza. Rolety były zasłonięte, a ja chciałem zrobić zdjęcie z wieży – znalazłem guzik i nacisnąłem, myśląc, że dzięki niemu odsłonię rolety. Niestety okazało się, że przycisk służy do uruchomienia dzwonów…

W tym okresie też po raz pierwszy przekonałem się, że dużym wyzwaniem jest zmierzenie się z historią z pierwszych dwóch, trzech dekad po II wojnie światowej.

Co daje takie odkrywanie i badanie dzielnicy?

Przede wszystkim satysfakcję, że jest się kimś, kto to odkrył, sprawdził i opisał. Czasem ma to wymiar bardzo praktyczny. Pomaga lepiej poznać miejsce lub obiekt, i często dzięki temu go zachować. Spisujesz historię, której ludzie później łakną. Od kilku lat mamy renesans w zainteresowaniu historią lokalną. Prawie każda dzielnica ma swojego pasjonata czy pasjonatkę, która tę wiedzę popularyzuje. W internecie pełno jest stron www, blogów i fanpejdży na Facebooku. Od kilku lat przestrzeń historyczna dzielnicy jest ogromnym katalizatorem działalności społecznej. I to jest niesłabnący trend, którego popularność wciąż mnie zaskakuje.

Skąd ten boom?

Myślę, że wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, do głosu doszło to pokolenie, dla których poniemiecka przestrzeń, dziedzictwo miasta dawniej niemieckiego, nie stanowi jakiegoś balastu, a raczej wyzwanie czy zagadkę. Dużym katalizatorem były tu obchody 1000-lecia Gdańska w 1997 roku, z drugiej – rodzący się internet, który wkrótce dał szereg narzędzi do poszukiwania i dawania odpowiedzi. Fora internetowe odegrały tu bardzo ważną rolę, obok szeregu publikacji, które pojawiły się na rynku, czy czasopism.

Po drugie, wcześniejsze pokolenia były obarczone inną perspektywą. Upraszczając oczywiście – wpierw przybyli tu ludzie, którzy urządzali to miasto po wojnie dla siebie, sami w dużym stopniu będąc nadal tu „obcymi”. Kolejne pokolenia, czyli ich dzieci, miały nadal inne priorytety – budowę „nowej Polski”, rozwój, awans społeczny, zdobycie wykształcenia itd. „Poniemieckie” nie miało dla nich większego znaczenia. To nie było dobre ani złe.

I tu wchodzą lata 90., które reprezentujesz.

„Poniemieckie” dla tego pokolenia nie jest ani nagrodą, ani obciążeniem. Po prostu czymś zastanym. To są ludzie, których rodziny zwykle mieszkają w Gdańsku powiedzmy od tych kilkudziesięciu lat. Czują się na swoim. Chcą poznać swoje miasto, dzielnice, ulicę. I sięgają po tą historię, bez obciążeń i uprzedzeń. Tak ja to rozumiem.

Czym się wyróżnia historia Wrzeszcza na tle innych dzielnic miasta?

Kiedy sięgamy po historię przedmieść Gdańska, to bez wątpienia sięgamy po historię Wrzeszcza. To jedna z dwóch czy trzech dzielnic obecnego Gdańska, która była głównym punktem ciężkości w okolicy. W drugiej połowie XIX wieku zaczęła silnie oddziaływać na sąsiadujące osiedla i dawne majątki. Często po prostu wchłaniać. Tak naprawdę to patchwork dawnych wsi, osad i majątków, który się zrósł w jedną całość. Tym możemy wytłumaczyć niesamowite bogactwo historii Wrzeszcza.

W obu Wrzeszczach są zarówno dzielnice willowe, jak i dawne kwartały zabudowy robotniczej. Mamy różne przykłady budownictwa mieszkalnego, różnego rodzaju świątynie, szereg cmentarzy, dawne i obecne zakłady przemysłowe, ale i sporo terenów zielonych i rekreacyjnych… Wymieniać można jeszcze długo.

Dlaczego na tę lokalną historię powinniśmy zwracać uwagę?

Historia to element naszej tożsamości, ale także przestrzeni, w których mieszkamy. To historia lokalna tworzy kościec tych naszych małych ojczyzn – najbardziej naturalnych, związanych z miejscami, w których dorastaliśmy, kształtowaliśmy się, mieszkaliśmy, czy mieszkamy nadal.

Oczywiście, historia lokalna – na poziomie dzielnicy, kwartału czy osiedla – jest o tyle niewdzięczna, że to historia detalu. Przez co bardzo czasochłonna, a ponadto – jak pokazuje praktyka – wymagające sięgnięcia przez badacza po wiele rodzajów źródeł. Tymczasem dzisiaj mamy spore nadal grono badaczy, którzy skupieni są wokół historii zwykle zawężonej do historii politycznej. Ignorują inne źródła niż archiwalne. Nie starają się nawet swojej historii akademickiej – mówiąc kolokwialnie – sprzedać. Tymczasem po drugiej stronie jest public history, która na Zachodzie jest już pewnym standardem. Jedno nie musi wcale wykluczać drugiego, ale oczywiście połączenie takich dwóch perspektyw nie jest łatwe. Historia lokalna moim zdaniem plasuje się przede wszystkim w nurcie właśnie public history.

A jakie znaczenie historia ma w twoim życiu?

Kluczową, bo dzięki niej zarabiam na życie [śmiech]. To pasja, która powstała dość naturalnie, a przy okazji – mój zawód. Wychowanie się we Wrzeszczu sprawiło, że odruchowo widzę i rozumiem pewne mechanizmy związane z jego historią oraz wiele kwestii mogę zweryfikować „po ciemku”. Zawsze będę zwracał uwagę na pewne wątki wrzeszczańskie, nazwy, wydarzenia, obiekty czy postacie związane z tą moją małą ojczyzną. To ze mnie już nie wyjdzie. Takie głębokie zejście do detalu wymaga mnóstwo energii, czasu i samozaparcia, by dalej prowadzić badania. Powiedzmy sobie szczerze też, że i krąg potencjalnych odbiorców jest relatywnie wąski. Prędzej czy później pojawiają się więc pytania, czy jest w tym wszystkim sens. I tu tkwi pewne niebezpieczeństwo w uprawianiu historii lokalnej przez zawodowych historyków – nie można pozwolić sobie zamknąć się tylko na niej. Ona powinna być realizowana równolegle z innymi tematami badawczymi, co pozwoli na zachowanie pewnej zdrowej perspektywy. Jestem niemal pewien, że gdybym nie wychował się we Wrzeszczu, zająłbym się czymś zupełnie innym.