WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Bierut ratuje Annę

Anna dostaje wiadomość, że ma się zgłosić do rady zakładowej. Pismo, które jej wręczają, czyta kilka razy, zanim zrozumie treść: obywatelka Lubczyk Anna otrzymuje mieszkanie służbowe przy ulicy Grunwaldzkiej 49 w Gdańsku.

Tekst: Dorota Karaś i Marek Sterlingow
Zdjęcie główne: archiwum Instytutu Pamięci Narodowej

Instytut Langfuhr –

Chcesz dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu lokalnej tożsamości?
Wesprzyj nas – zostań Patronem/Patronką Wrzeszcza!

 

Prezentujemy fragment książki "Walentynowicz. Anna szuka raju" Doroty Karaś i Marka Sterlingowa związany historią tej wrzeszczanki i jej domem we Wrzeszczu Górnym.

Anna jeździ do pracy kolejką elektryczną. Wsiada na stacji Sopot Wyścigi i wysiada zazwyczaj na szóstym przystanku Gdańsk Stocznia. Podróż zajmuje dwadzieścia minut, ale w godzinach szczytu do żółto-błękitnych wagonów, nazywanych przez mieszkańców „modrakami”, trudno się wepchnąć, a potem pasażerowie jadą jak śledzie w beczce. Latem w nagrzanych wagonach pasażerowie podróżują jak sardynki w puszce.

Pewnego dnia Anna czuje, że nie może złapać tchu. Nie udaje jej się wysiąść koło stoczni. Następna stacja to Gdańsk Główny. Zbity tłum wyrzuca ją z pociągu. Upada na peron, a kiedy odzyskuje przytomność, wydaje jej się, że ktoś komentuje:

– Upiła się baba z samego rana.

Podnosi się, mija dworzec i idzie w kierunku stoczni. Poprawia sukienkę i sweterek, żeby zasłonić widoczny już brzuch. Nie ogląda się za siebie. Jest przekonana, że wszyscy na nią patrzą.

W pracy zaokrągloną figurę może ukryć w roboczym kombinezonie. Ale na wydziale i tak wszyscy wiedzą, że jest w ciąży – z tego powodu mistrz pozwolił jej pracować w warsztacie. Nie musi już spawać w kadłubach statków.

W kwietniu dostała naganę za nieobecność w pracy. Gorzej się czuła, musiała iść do lekarza, załatwiała wyprawkę dla dziecka? Co zatrzymało ją w domu? Nie wiadomo.

Unika koleżanek i kolegów ze Związku Młodzieży Polskiej. Jeszcze niedawno widziała, jak na zebraniach kobiety, które miały urodzić nieślubne dziecko, były poddawane krytyce i piętnowane. Teraz sama jest w takiej sytuacji. Boi się plotek, woli z nikim nie dzielić się kłopotami.

*

Anna powtarza sobie, że w krytycznej chwili pomoże jej Matka Boska w jednym pantofelku, ale na wszelki wypadek postanawia zwrócić się o wsparcie również do władzy świeckiej.

List może brzmieć tak:

 „Jestem przodującą spawaczką w Stoczni Gdańskiej, delegatką na III Zlot Bojowników o Pokój w Berlinie. Obecnie pozostaję bez dachu nad głową, a spodziewam się dziecka”.

Albo:

 „Czy mam zginąć z tym dzieckiem jak bezdomny pies?”.

Na kopercie Anna kaligrafuje: „Towarzysz Bolesław Bierut, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, Belweder”.

– Pisałam i płakałam, list był zalany łzami – powie.

Bierut na razie ma ważniejsze sprawy. 22 lipca 1952 roku sejm uchwala nową konstytucję, nad którą prace trwały od trzech lat. Dokument zatwierdził Stalin, który osobiście naniósł na niego kilkadziesiąt poprawek.

Konstytucja lipcowa wprowadza nową nazwę państwa. W Polskiej Rzeczy­pospolitej Ludowej władza należy do robotników i chłopów. Nie ma też prezydenta, wkrótce Bierut zostanie premierem.

Anna czeka na odpowiedź i przygotowuje się do porodu. Ma już wózek i trochę ubranek po dzieciach przyjaciół, u których wciąż mieszka kątem.

*

Niedziela 7 września 1952 roku.

(…)

Syn Anny Lubczyk przychodzi na świat w szpitalu położniczym Akademii Medycznej przy ulicy Klinicznej we Wrzeszczu, przed wojną nazywanym przez gdańszczan „bocianim domem”. Odbudowa gmachu zakończył się zaledwie trzy lata wcześniej. Klinika szczyci się nowoczesnym wyposażeniem i świetną kadrą.

Chłopiec dostaje imiona Janusz Michał. Nazwisko Lubczyk, po matce. W rubryce „ojciec” tylko imię: Ryszard. Dziecko jest zdrowe, przybiera na wadze.

Do szpitala zagląda koleżanka ze stoczni. Pyta o zdrowie i chce pożyczyć od Anny pieniądze. Przyjeżdża też pani Leszczykowa z Sopotu. Po dwóch dniach lekarze wypisują matkę do domu.

(…)

Do domu wraca kolejką, z dzieckiem na ręku. Dlaczego nie bierze taksówki, nie dzwoni po znajomą z Sopotu?

Walentynowicz sama będzie się nad tym zastanawiać: – Nie wiem, jak to się stało, że ja byłam sama. Po prostu musiałam chyba na siebie liczyć.

Stoi już jedną nogą na peronie w Sopocie, gdy pociąg rusza. Jeden z pasażerów chwyta ją za ramiona i wciąga do środka. Inny szarpie za hamulec bezpieczeństwa. Pociąg się zatrzymuje. Anna uzna to za znak od Maryi.

W kąpaniu i przewijaniu syna pomaga jej pani Leszczykowa. W mieszkaniu jest ciasno, ledwie mieści się pięcioosobowa rodzina i młoda matka z niemowlęciem. Anna wie, że nie może nadużywać gościnności. Pakuje swoje rzeczy i żegna się z Leszczykami. Janusz ma dwa tygodnie, gdy przenosi się do państwowego Domu Matki i Dziecka w Gdańsku-Wrzeszczu.

*

Instytut Langfuhr – Grunwaldzka Dzielnica Mieszkaniowa w Gdańsku Wrzeszczu, w której mieszkała Anna Walentynowicz / Pocztówka Biura wydawniczego \
Grunwaldzka Dzielnica Mieszkaniowa w Gdańsku Wrzeszczu, w której mieszkała Anna Walentynowicz / Pocztówka Biura wydawniczego "Ruch"

Gmach z pruskiej cegły stoi na końcu ulicy Hibnera, która po wojnie przez siedem lat była Morską, a przedtem nazywała się Heiligenbrunner Weg, czyli Do Świętej Studzienki – na pamiątkę bijącego w okolicy źródła z kryniczną wodą o cudownych właściwościach. W latach dziewięćdziesiątych ulica zmieni nazwę na Do Studzienki.

Do ulicy Batorego i sutereny, w której Anna mieszkała z Ryszardem, jest stąd dwadzieścia minut pieszo.

Na parterze znajduje się stołówka, na pierwszym i drugim piętrze są sale dla dzieci. Trzecią kondygnację zamieszkują matki. Nad wejściem do budynku widać jeszcze resztki napisu „Kaiser Wilhelm Blindenhaus” – „Dom dla niewidomych cesarza Wilhelma”.

Zaraz po wojnie władze Gdańska w jednym z budynków dawnego kompleksu dla ociemniałych urządziły dom dla sierot wojennych i samotnych matek. Może pomieścić około stu dzieci do lat trzech i dwadzieścia kobiet.

Ośrodek boryka się z problemami: brakuje pieluch, ceratek, niektóre pomieszczenia są niedogrzane, podłogę przykrywa zniszczone linoleum. Żywności jest za to pod dostatkiem.

 „Matki mają zapewnioną normę 2900 kalorii. Również dzieci odżywiane są według zaleconych przez Min. Aprow. i Handlu norm. Świeże mleko otrzymujemy z majątku PZNZ w Sopocie” – wyjaśnia w 1947 roku dziennikarzowi „Dziennika Bałtyckiego” kierownik zakładu obywatel Kreft.

Większość wychowanków to dzieci nieślubne. Są też sieroty. Dom często odwiedzają ludzie, którzy chcą adoptować chłopca albo dziewczynkę.

Matki mieszkają w kilkuosobowych pokojach. Do ich obowiązków należy utrzymanie porządku, pomoc przy wydawaniu posiłków i w sprzątaniu po nich. Ale poza tym czasu mają aż nadto. Z najmłodszymi dziećmi widzą się co trzy godziny, podczas karmienia. Trwa dwadzieścia minut, dłużej karmić nie wolno, bo dziecko się męczy. Przez resztę czasu – również w nocy – maluchami zajmują się pielęgniarki. Na spacery nie trzeba wychodzić. Niemowlęta leżakują przy otwartych oknach. Przytulanie i noszenie na rękach, gdy któreś płacze? Wykluczone. Wskazówki dotyczące pielęgnacji są precyzyjne: takie zachowania powodują, że dziecko staje się rozpuszczone i marudne.

Zdaniem kierownika placówki matki to na ogół istoty dość bezradne. Dlatego personel stara się im pomagać w załatwieniu potrzebnych badań, wyrobieniu karty zdrowia, staraniach o alimenty. W warsztacie krawieckim kobiety mogą nauczyć się szyć.

(…)

*

Przewodniczący Rady Państwa Bolesław Bierut postanawia pomóc Annie Lubczyk. Kancelaria cywilna Rady Państwa informuje, że prośba o mieszkanie została przekazana do Wojewódzkiej Rady Narodowej w Gdańsku. Ta odsyła pismo do Stoczni Gdańskiej.

Termin załatwienia sprawy: trzydzieści dni.

Anna od razu biegnie do pracy. Najpierw przydzielają jej mieszkanie zastępcze przy ulicy Pohulanka. To zaledwie kilka kroków od Śródmieścia, dwa przystanki tramwajowe do stoczni. Radość nie trwa długo.

– To był maleńki pokoik z używalnością kuchni. Strasznie zapluskwiony. W tej samej klatce schodowej ktoś był chory na gruźlicę. Bałam się dziecka zabrać. 

Janusz zostaje we Wrzeszczu, Anna przeprowadza się na Pohulankę sama. Inaczej mieszkanie by przepadło. Matki mieszkające poza zakładem mogą odwiedzać dzieci dwa razy w tygodniu, ona stara się przychodzić codziennie. Wysiada koło budującego się nowego osiedla dla robotników i idzie pod górę ulicą, przy której stoją przedwojenne kamienice z wieżyczkami.

Pielęgniarki chwalą ją – nie wszystkie kobiety tak troszczą się o dzieci. Pozwalają jej nawet zabierać syna w wózku na spacer po parku.

Przechadza się po alejkach. W parku między drzewami stoi dwór, w którym gościł król Jan III Sobieski. Na pamiątkę swojej wizyty nadano posiadłości nazwę Królewska Dolina. W budynku mieści się teraz przedszkole. Park jest zadbany, w stawach pływają ryby. Spacer wśród szpalerów lip, jesionów, grabów i kasztanowców pozwala odetchnąć i zapomnieć na chwilę o kłopotach.

Anna chrzci syna 18 stycznia 1953 roku w kościele Najświętszego Serca Jezusowego koło dworca we Wrzeszczu. Rubryka „ojciec” w kościelnej księdze pozostaje pusta. Do chrztu dziecko trzymają Zofia Łukomska, rachmistrz, i Henryk Dec, stoczniowy spawacz.

W lutym, po pięciu miesiącach urlopu, Anna Lubczyk wraca do pracy. Tym razem wchodzi przez bramę z podniesioną głową. Wprawdzie ciągle nie ma się gdzie podziać z synem, ale sprawie już nadano bieg. Socjalistyczna władza, zgodnie z obietnicami, pomaga robotnikom w potrzebie.

Może i jest panną z nieślubnym dzieckiem, ale daje sobie radę. Na wydziale też wkrótce pokaże, na co ją stać.

*

Stocznia się rozwija. Anny nie było tylko pół roku, a widzi różnicę. Przybyło ludzi, na pochylniach stoi kilkanaście statków.

5 marca 1953 roku w całym mieście wyją syreny. Robotnicy w stoczni zatrzymują maszyny.

Tytuły gazet: „Nieśmiertelne imię Stalina żyć będzie zawsze w sercach narodu polskiego”, „Wódz postępowej ludzkości Wielki Stalin nie żyje”, „Wieść, która wstrząsnęła Polską”. Poeta Władysław Broniewski pisze Słowo o Stalinie, Jerzy Putrament – List do Stalina. Jarosław Iwaszkiewicz wspomina „postać, co olbrzymie swe światło zapaliła nad horyzontem współczesnej historii”.

(…)

W zakładzie partia ogłasza pełną mobilizację. Plan sześcioletni zagrożony – 1953 musi być rokiem przełomu. Spawacze tacy jak Anna Lubczyk są na wagę złota. Fach nie jest trudny, wystarczy krótki kurs i trochę praktyki, ale nie każdy się nadaje. Trzeba umieć znosić niewygodę, żeby godzinami wytrzymać na kolanach, ze zgiętym kręgosłupem. Być cierpliwym, bo elektrodę przesuwa się w równym tempie. Ręce nie mogą latać na wszystkie strony, muszą poruszać się precyzyjnie, choć przez maskę niewiele widać. Brakuje powietrza. Oparzenia? Z czasem przestaje się na nie zwracać uwagę. Albo rzuca się pracę.

Anna nadaje się na spawacza. Ma dobry wzrok, mocne dłonie, jest wytrzymała. Wciśnie się wszędzie.

– Ja dam radę – mówi, gdy inni mają już dość.

– Ja tam wejdę.

– Ja wytrzymam.

Zupełnie jak wtedy gdy miała dwanaście lat i za starszą siostrę podejmowała się pracy u Teleśnickich.

*

Instytut Langfuhr – Anna Lubczyk z synem Januszem / Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza
Anna Lubczyk z synem Januszem / Archiwum prywatne Janusza Walentynowicza

Teraz ma dwadzieścia cztery lata i chce się wyróżnić. Nie traci czasu. Po dwóch miesiącach od powrotu do pracy znów jest robotniczą gwiazdą. Syn ma całodobową opiekę w Domu Matki i Dziecka, Anna może spędzać w stoczni każdą chwilę, pracować nawet w nocy.

– To był mój drugo dom, tam zaczynał się i kończył świat – powie w przyszłości.

(…)

Dla Anny najbardziej liczy się tabela współzawodnictwa. Cieszy się, gdy pojawia się tam jej zdjęcie. Jest na nim w kombinezonie, przy pracy. W jednym ręku trzyma maskę, a w drugim rączkę spawalniczą. Nawet po dwudziestu siedmiu latach pamięta każdą liczbę wpisaną w tabeli.

– Obok mnie stoi Wiśniewska Jadwiga, 240 procent, i Sekuła Emilia, 210. Ja miałam wykon najwyższy, 270 procent normy. Gablotka stała przed dyrekcją, a pod nią czerwoną farbą szedł napis: przodownice z brygady imienia Róży Luksemburg – opowiadała Hannie Krall w 1980 roku.

(…)

*

W sierpniu Anna dostaje wiadomość, że ma się zgłosić do rady zakładowej. Pismo, które jej wręczają, czyta kilka razy, zanim zrozumie treść: obywatelka Lubczyk Anna otrzymuje mieszkanie służbowe przy ulicy Grunwaldzkiej 49 w Gdańsku.

Prosto ze stoczni jedzie do Wrzeszcza. Wysiada na tym samym przystanku, z którego prowadzi droga do Domu Matki i Dziecka.

Nowiutki blok, przy którym jeszcze niedawno uwijali się robotnicy, stoi przy głównej ulicy. Od jezdni oddziela go szeroki pas trawy. Parter wysoki, z dużymi oknami, które wyglądają na witryny sklepowe. Nad nim są cztery piętra mieszkań. Na rogu stoją latarnie ze stylowymi kloszami. Budynek jako wzorcowa socrealistyczna zabudowa będzie wkrótce uwieczniany na pocztówkach.

Klatka numer 49 jest prawie na końcu bloku. Trzeba przejść przez bramę. Na parterze mieszka dozorca, od którego Anna ma odebrać klucze. Ale mężczyzna właśnie je obiad. Na trzecie piętro prowadzi ją jego żona.

Anna wchodzi do środka, choć parkiet jeszcze nie do końca wysechł i przylepiają się do niego podeszwy pantofli. Prąd niepodłączony, ale woda z kranu już leci. Do pokoju wpada sierpniowe słońce, przez okno widać tramwaje sunące ulicą Grunwaldzką.

Mieszkanie ma trzydzieści osiem metrów kwadratowych i składa się z pokoju, kuchni ze spiżarką i tyciej łazienki.

– Patrzę i zaczynam głośno płakać – opowiadała później Anna Walentynowicz. – Jak gdyby wielka krzywda mi się stała. Wtedy dopiero zrozumiałam, że z radości można płakać. Nigdy nie wierzyłam w to przedtem.

Żona dozorcy wręcza jej klucze.

– Niech się pani dobrze mieszka – mówi.

– Czy to jest możliwe? Może ja śnię, niech mnie pani uszczypnie, proszę – Anna nie może uwierzyć w to, co się dzieje.

Zamyka mieszkanie i biegnie na ulicę Hibnera. Wpada do Domu Matki i Dziecka, wyjmuje śpiącego Janusza z łóżeczka, unosi go nad głowę i woła:

– Synku, mamy mieszkanie! Będziemy teraz razem!

Wyrwane ze snu dziecko najpierw robi wielkie oczy, a potem zaczyna się drzeć.

– Płacz, synku, płacz. Ja już się wypłakałam.

*

Blok należy do Grunwaldzkiej Spółdzielni Mieszkaniowej, jednej ze sztandarowych inwestycji władz Gdańska. Rada miejska podjęła uchwałę o jej stworzeniu pod koniec 1950 roku. Budowa jest częścią planu sześcioletniego, w ramach którego w całej Polsce powstają fabryki, zakłady, kombinaty i huty. W Gdańsku urzędnicy pomyśleli również o robotnikach, którzy potrzebują mieszkań, sklepów, przychodni i szkół. Poza tym nie można dłużej pozwalać na to, żeby przy najbardziej ruchliwej ulicy aglomeracji powstawały budynki stawiane przez prywatnych handlarzy. Osiedle we Wrzeszczu ma być – tak jak Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa w Warszawie – świadectwem potęgi socjalizmu i troski o ludzi pracy. Bolesław Bierut uważa, że architektura jest szczególnie doniosłą formą ideologii, i sam ustala detale odbudowy stolicy.

 „Grunwaldzka Dzielnica Mieszkaniowa jest coraz piękniejsza. Z roku na rok rośnie ilość nowoczesnych domów mieszkalnych, nie brak też sklepów różnych branż, ale to jeszcze nie wszystko. Przy ulicy Grunwaldzkiej zostanie wybudowany wspaniały Dom Kultury oraz wieżowiec” – zapowiada „Dziennik Bałtycki”.

W planach jest również budowa kina. Ma stanąć na pustym placu przy bloku, do którego wprowadza się Anna Lubczyk. Ze śmiałych wizji – tak jak z budowy komunizmu – nic nie wyjdzie. Na skwerku Anna będzie uczyła syna jeździć na rowerze. Wiele lat później stanie tu jej pomnik.

Od strony podwórka robotnicy wykopali już fundamenty pod szkołę podstawową. Ten budynek uda się dokończyć. W przyszłości Janusz będzie na przerwach wpadał do domu.

Na Grunwaldzkiej 49 Anna będzie mieszkać do końca życia.

Instytut Langfuhr – Okładka książki Doroty Karaś i Marka Sterlingowa
Okładka książki Doroty Karaś i Marka Sterlingowa

Fragment książki "Walentynowicz. Anna szuka raju", która ukaże się nakładem Wydawnictwa Znak. 12 marca w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku odbędzie się spotkanie promujące to wydawnictwo.