WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Budowałam Grunwaldzką

– Kładłam kostkę brukową na Grunwaldzkiej, od Alei Lipowej aż prawie do Oliwy. Miałam 18 lat i spędzałam całe dnie na kolanach. To nie była dobra praca dla młodej kobiety, ale byłam szczęśliwa, że miałam jakąkolwiek. Teraz jak idę na spacer tą ulicą to wiem, że jest moja i ja ją budowałam.

Tekst: Natalia Koralewska
Zdjęcie: Renata Dąbrowska

Instytut Langfuhr –

Chcesz dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu lokalnej tożsamości?
Wesprzyj nas – zostań Patronem/Patronką Wrzeszcza!

 

NATALIA KORALEWSKA: Urodziła się pani w Gdańsku w 1927 roku. Czy zna pani dobrze język niemiecki?

KRYSTYNA WALAS: Gdy przyszłam na świat, niemiecki był językiem urzędowym w Gdańsku i znał go każdy. Mieszkali tu jednak ludzie różnych narodowości i mówili też w swoich ojczystych językach. Ta różnorodność była wspaniała. Nikt nikomu nie robił wyrzutów z tego powodu, że rozmawia po polsku, jidysz, niemiecku czy kaszubsku.

Pani rodzice urodzili się w Gdańsku?

Moja mama przyjechała do Gdańska z Bromberg [niem. Bydgoszcz – przyp. red]. Była wówczas bardzo młoda. Podjęła tutaj pracę, osiedliła się i poznała mojego ojca. On jednak nie jest ważny w moim życiu – mama zerwała z nim kontakt.

Gdzie się pani wychowała?

Mieszkałyśmy nieopodal rzeki Raduni. Nasza kamienica stała na rogu ul. Łagiewniki i św. Bartłomieja. Właścicielem całego budynku był Żyd, Heinrich Blaum. Mieszkał z żoną i córką Edytą pod numerem 14, a my pod 15. Nasze rodziny były dla siebie bardzo serdeczne. Kiedy moja mama zachorowała to przynosili nam potrzebne leki i pomagali zająć się domem.

Pamięta pani swoje podwórko?

Oczywiście, tam było wszystko, co moje i kochane – ludzie, miejsca, koleżanki. Samo podwórko przed kamienicą było wąskie, ale stał tam trzepak, na którym często wisiałyśmy z Edytą. Nieopodal była Radunia, na której zimą zjeżdżałyśmy na szkolnych plecakach w stronę Motławy. Pamiętam też naszych sąsiadów – pana Kamińskiego z siostrą Wandą, który prowadził piękny sklep spożywczy, oraz pana Prange, który sprzedawał artykuły biurowe.

Jakie było życie w Gdańsku przed wojną?

Mama prowadziła sklep warzywno-owocowy. Miała dostawców, którzy przywozili jej produkty ze wsi, nawet w czasie wojny. Dlatego dobrze się nam powodziło. Miałyśmy trzypokojowe mieszkanie – każdy pokój był elegancko urządzony z drewnianymi, solidnymi meblami. Chodziłam do niemieckiej szkoły podstawowej, stąd tak dobrze znam język, a w tamtych czasach to znaczyło bardzo dużo. Potem dostałam się Szkoły Handlowej. Zawodu handlowca uczyłam się na Stoczni Gdańskiej – pracowałam w biurze w czasie wojny, dziś nazwalibyśmy to praktykami. Stocznia była wówczas bardzo dużym, prężnie działającym przedsiębiorstwem.

Dlaczego w 1945 roku przeprowadziłyście się do Wrzeszcza?

Czasy wojny były trudne, państwa Blaum rozstrzelano. Kiedy czekaliśmy na wyzwolenie, weszli Rosjanie. Pani nawet nie wie, co to może znaczyć. Jedyne, co byli w stanie powiedzieć po niemiecku to Komm Frau czyli „Chodź kobieto” – następnie ustawiali je wszystkie w kolejce, niezależnie od tego czy miały 12 czy 80 lat, i gwałcili wszystkie po kolei na oczach rodziców i sąsiadów. Rosjanie nas „wyswobodzili” ze wszystkiego: pozbawili domu, godności osobistej, środków do życia. To byli ludzie pozbawieni kultury.

Zabrała pani coś ze sobą z domu przy Łagiewnikach?

Nic nie zdążyłam. Wyrzucono nas i tyle. Narzuciłyśmy na siebie tylko płaszcz, ale po drodze kobieta w mundurze przyłożyła nam pistolet do głowy i kazała się rozbierać. Poszłyśmy do krewnej we Wrzeszczu na boso, na wpół gołe, a to była jeszcze zima. Najpierw zamieszkałyśmy u cioci Klary przy Pestalozziego, a kilka lat później wprowadziłyśmy się do mieszkania przy ulicy Grażyny. Moja koleżanka wyjechała do Niemiec i je zostawiła. Też była Gdańszczanką.

Pani nie chciała wyjechać?

A po co? W Gdańsku się urodziłam i tutaj chciałam zostać. To jest moje miejsce i tu chcę umrzeć. W Niemczach nie miałam wówczas nikogo, a po wojnie pomagali nam różni ludzie. Dostawałyśmy od innych ubrania, artykuły domowe, meble – wszystko, co było potrzebne do życia. Większość ludzi, która przyjechała tu wojnie nie musiała za wiele kupować. Wprowadzali się do mieszkań, które były dobrze wyposażone, umeblowane, mieli wszystko poniemieckie. Ludzie, którzy przyjechali do Wrzeszcza z całej Polski, byli dla siebie dobrzy. Sporo osób przyjechało z Wileńszczyzny – ci ludzie wiedzieli, jak to jest być szczutym i zastraszanym, bo przecież też przeżyli wojnę. Być może dlatego nie czułam się prześladowana z tego powodu, że jestem gdańszczanką.

Co robiła pani po wojnie?

Kładłam kostkę brukową na Grunwaldzkiej, od Alei Lipowej aż prawie do Oliwy. Miałam 18 lat i spędzałam całe dnie na kolanach. To nie była dobra praca dla młodej kobiety, ale byłam szczęśliwa, że miałam jakąkolwiek. Teraz jak idę na spacer Grunwaldzką to wiem, że to jest moja ulica, ja ją budowałam.

Jaki był wtedy Wrzeszcz?

A myśli Pani, że ja pamiętam? Dużo pracowałam. Nocami dorabiałam podnosząc oczka w pończochach. Musiałam zarabiać na siebie i na mamę. Nie miałam czasu na spacery i zwiedzanie Wrzeszcza. Ulica Grażyny niewiele się zmieniła. Na rogu z Wajdeloty była i jest cukiernia – pan Paradowski ją prowadzi. Co się mogło zmienić? Domy jak stały, stoją.

Skąd pochodził pani mąż? Nie był z Gdańska, prawda?

Mój mąż był z Kielecczyzny. Jak jego matka się dowiedziała, że bierzemy ślub, to bała się, że mnie nie zrozumie. Myślała, że mówię tylko po niemiecku, skoro się w Gdańsku urodziłam. Ale mój mąż ją uspokajał, mówił „Ty się mamo nie bój, Krystyna lepiej mówi po polsku niż ty”.

Nieopodal ulicy Grażyny był browar, pamięta pani go jeszcze z czasów świetności?

A jakże, pracowałam w nim! To też była fizyczna praca, na tak zwanym obciągu – zajmowałam się rozlewaniem piwa. Nalewałam je ręcznie do butelek, zestawiałam z taśmy i zamykałam na kapsel. I tak w kółko – trzeba było działać szybko, nie było czasu do zastanawiania, a maszyna nadawała nam rytm pracy.

Piła pani piwo z browaru?

Codziennie dostawaliśmy butelkę piwa. To był prezent od firmy. Niekiedy wypijał je mój mąż, czasem ja, ale najczęściej zanosiłam butelki na rynek na Białą. Miałam tam zaprzyjaźnioną osobę, która kupowała je ode mnie. Wszyscy, którzy pracowali w browarze tak robili. Bo ileż można było tego piwa pić? Potem pracowałam w restauracji Morskiej. Wie Pani, gdzie ona była?

Tak, teraz jest tam Kolonia Artystów, w której odbywają się koncerty i wystawy.

Wcześniej restauracją zarządzały Gdańskie Zakłady Gastronomiczne. Byłam tam kelnerką ponad 6 lat. A potem przejęłam drogerię przy ul. Długiej. Zarządzałam nią, miałam kilka ekspedientek. Zżyłyśmy się, do dziś do siebie dzwonimy.

Co się pani najbardziej podoba we Wrzeszczu? Przecież mieszka tu pani przeszło 70 lat!

Wrzeszcz nie interesuje mnie tak bardzo jak Gdańsk. Szanuję to miasteczko – jest tu spokojniej, ciszej. Gdańsk jest większy, więcej się dzieje. To na zawsze będzie moje miasto. Nie powiem pani nic więcej o Wrzeszczu, bo ja po prostu jestem stara gdańszczanka.

Co to znaczy dla pani?

Być gdańszczanką to znaczy, że Gdańsk jest mój. Urodziłam się w nim i jestem jego mieszkanką – w ten sposób przynależę do niego, a on jako miasto mojego dzieciństwa na zawsze pozostanie mi bliski. A co to znaczy być starą gdańszczanką? To znaczy dużo przeżyć.