WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Byliśmy dumni z Wrzeszcza

– Wieczorami spacerowało się tędy do późna – ludzie „szlifowali” chodniki od kawiarni Morskiej do Cristalu i z powrotem. Tylko po to, żeby się przespacerować – przejść się Grunwaldzką to była nobilitacja. Byłem wtedy dumny, że mieszkałem we Wrzeszczu.

Tekst: Jakub Knera
Zdjęcie: Renata Dąbrowska

Instytut Langfuhr – Bernard Potrubacz
Bernard Potrubacz

Chcesz dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu lokalnej tożsamości?
Wesprzyj nas – zostań Patronem/Patronką Wrzeszcza!

 

JAKUB KNERA: Najważniejsze miejsce we Wrzeszczu?

BERNARD POTRUBACZ: Park Jaśkowej Doliny wraz z otaczającymi go willami i ogrodami. Pamiętam sztuczne strumyki spływające po tarasowych ogrodach, źródełka wybijające spod kamieni, egzotyczne gatunki drzew i krzewów rosnących dookoła. A mieszkam tuż przy nim od urodzenia – przy Jaskowej Dolinie, na rogu ulicy Akacjowej.

Jakie wspomnienia się z nim łączą?

W dzieciństwie na jego wzgórzach uprawialiśmy sporty. Było tam pełno młodzieży i park tętnił życiem. Zimą każde wzgórze było ujeżdżone przez sanki. Jak spadł deszcz i trasa zamarzała, to jeździliśmy po nich na bobslejach wykonanych z łyżew. Jadąc głową naprzód rozwijaliśmy zawrotne predkości, dojeżdżając aż do ulicy Jaśkowa Dolina. Latem graliśmy w piłkę na Kaczym Dołku. Czasem w jednej drużynie było po dwadzieścia osób, wszyscy z okolicznych ulic, bez względu na wiek.

Historyczna nazywa tego miejsca to Gaj Śpiewaków. Skąd zmiana w nazwie?

Nie wiem, nazwy Kaczy Dołek używali wszyscy. Na płocie od strony ogrodów był nawet napis „Klub Sportowy Kaczy Dołek”. Jedna autochtonka mieszkająca opodal – nawiasem mówiąc, jej mąż był pracownikiem banku w Wolnym Mieście – mówiła, że dawniej były tam mokradła i kaczki, które widziała z okien, ale nie do końca w to wierzę.

Jaki jeszcze był Park Jaśkowej Doliny?

Na początku lat 60. były w nim zachowane osie widokowe, elementy altanek, tory saneczkowe, na których harcerze urządzali zawody. Na Wzgórzu Jana do dziś jest jeden tor, ale zarósł krzewami i drzewami. Każde wzgórze miało nazwę, powinno się to przywrócić.

Na przykład Wzgórze Zinglera.

Mówiliśmy na nie Cyganka, bo czasem przeinaczaliśmy nazwy. W Willi Zinglera po wojnie był Zarząd Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. W jego świetlicy działało kino Przyjaźń, gdzie chodziliśmy na radzieckie filmy. W roku 1956 budynek przejęła Telewizja Polska, a potem jeszcze zabytkowy zameczek stojący opodal, na ulicy Sobótki 14.

Jak wyglądało to miejsce?

Na parterze było przedszkole, a na górze mieszkali autochtoni. Budynek był w doskonałym stanie – w środku marmurowe kominki, dębowa posadzka, malowidła na ścianach, kasetonowe sufity z malowidłami, a z przodu piękna półokrągła oranżeria. Latem przyjeżdżali tam na wczasy pracownicy telewizji z Warszawy z rodzinami. Do balkonowych drzwi na parterze dostawiane były schodki – wyjście do ogrodu. Był stamtąd piękny widok na Wrzeszcz, lotnisko i morze, ale przysłonił go blok, który stanął przy ulicy Akacjowej 2. Telewizja zamknęła wejście do parku, więc teraz trzeba chodzić dookoła.

Chodził pan do kina Bajka przy ulicy Jaśkowa Dolina 14?

Mieliśmy ją pod domem – to była sala parafialna kościoła ewengelickiego przebudowana na kino. Chodziliśmy tam na poranki filmowe, potem na filmy dla młodzieży. Prawdziwym świętem były westerny – kino było oblegane i chodziło się na seans po kilka razy.

Jak znalazła się tu pana rodzina?
Moi rodzice pochodzili ze Wschodu. Rosjanie zesłali Dziadka na Syberię, bo był kułakiem, a rodziców po wojnie przesiedlono do Darłowa. Ojciec był tam pierwszym kapitanem portu. W 1949 roku przeniesiono go służbowo do Gdańska, a ja urodziłem się rok później. Mieszkanie przydzielił mu Główny Urząd Morski. W czasie wojny wpadła tu bomba i było zrujnowane, więc całe wyremontował.

Mówił pan o autochtonach. Polska społeczność się z nimi asymilowała?

Pamiętam starsze osoby często rozmawiające w języku niemieckim na pobliskich ulicach: Batorego, Partyzantów czy Matki Polki. Jak pojawiała się młodzież to od razu milknęli. Znałem Gdańszczankę, która mieszkała w czasie wojny w polskiej dzielnicy. Wtedy wyzywano ją od „polskich świń”. Ale w latach 60. jej syn był  szykanowany przez polskich kolegów w szkole. Pewnie z powodu polityki, w ramach której, w szkołach wrogo nastawiano młodzież z przyjezdnych rodzin do autochtonów. Dzieci były szczute przeciwko nim, dla nich to mieli być „Szkopy”, „Niemcy”. Tego chłopca prześladowano za akcent, aż w końcu wyjechał. A jej brat był tłumaczem przy procesie norymberskim. Co za los!

Autochtoni zostawili coś po sobie w domach?

Kiedy wyprowadzili się z mieszkania przy Sobótki 14, na strychu pozostawili piękne księgozbiory: atlasy zwierząt, kwiatów, drzew. Starsi chłopacy to plądrowali i nosili do antykwariatu na rogu Grunwaldzkiej i Jaśkowej Doliny. Wybierali te z obrazkami, jak to dzieci, a poza tym brali różne antyki. Moi sąsiedzi o nazwisku Urban mieszkali w suterenie. Mówili czysto w języku polskim, ale w pewnym momencie pojawiła się możliwość wyprowadzki do Niemiec. Pod ich dom przyjechała taksówka, do której pakowali swój dobytek: walizki, ogromne pierzyny i poduszki. Wtedy zorientowaliśmy się, że byli autochtonami. Wyściskaliśmy się wszyscy na pożegnanie, byliśmy bardzo zżyci i nie mogliśmy powstrzymać łez. W latach 60. na ulicach pełno było osób z walizkami…

Jaki w tamtym czasie był Wrzeszcz?

W latach 60. i 70. był główną dzielnicą handlową. Z centrum, ale też z Sopotu i Gdyni wszyscy przyjeżdżali tu na zakupy. Było mnóstwo prywatnych sklepików ze spodniami, garniturami, obuwiem, koszulami – oczywiście non iron – golfami sprowadzanymi z Warszawy. Sklepy ciągnęły się od Domu Towarowego Sezam do Domu Towarowego Neptun, koło restauracji Cristal.

„Cristal” to jedna z wrzeszczańskich ikon.

Do środka nie wpuszczano każdego, trzeba było mieć czarny garnitur, białą koszulę i krawat. Na otwarcie przyszedł gość w ciemnobrązowym garniturze – i nie wszedł do środka. A krawaty, za drobną opłatą pożyczał szatniarz. To był elegancki lokal – o piątej były fajfy, na których grała orkiestra i mogła się bawić młodzież, a wieczorami o dziewiątej szło się na dansing i zjeść kolację. Poza Cristalem ważnym punktem była kawiarnia Morska – w ciągu dnia szło się tam na kawę, siadało na tarasie, w środku pan grał na fortepianie. Kawiarnię Liliput na rogu Grunwaldzkiej i Do Studzienki, oblegała przez młodzież z pobliskich akademików. A na rogu Dmowskiego i Grunwaldzkiej stało Akwarium – u góry kawiarnia, a na dole sala dansingowa. Z góry przez otwór w podłodze można było obserwować tańczących.

Kto się tam bawił?

Na początku lat 70. głównie obcokrajowcy, przede wszystkim marynarze. Przypływali do portu, a potem taksówkami jechali do Wrzeszcza, żeby wydawać pieniądze. Młodzieży to imponowało, bo byli lepiej ubrani i mieli dolary. Podglądaliśmy zachodnią modę i ubieraliśmy się podobnie.

Wieczorami Grunwaldzka błyszczała neonami, których teraz już nie ma.

Na przykład „Gdańsk – miasto kwiatów” na rogu Grunwaldzkiej i Jaśkowej Doliny. Kiedyś zgasły tam dwie litery i zostało „miasto katów” – w jednym z rysunków ujął to Zbigniew Jujka. Na początku lat 70., już za Gierka u władzy, na środku torowiska postawiono wielkie latarnie sodowe z tak silnym oświetleniem, że wieczorem można było czytać gazetę – było jasno jak w dzień. Wieczorami spacerowało się tędy do późna – ludzie „szlifowali” chodniki od kawiarni Morskiej do Cristalu i z powrotem. Tylko po to, żeby się przespacerować – przejść się Grunwaldzką to była nobilitacja. Byłem wtedy dumny, że mieszkałem we Wrzeszczu.

Teraz jest inaczej?
Na Grunwaldzkiej jest pustynia i banki. Przyjechał raz do mnie kuzyn ze Szwecji, poszliśmy na spacer, a on pyta: „Gdzie są ludzie?”. Szkoda tego Wrzeszcza, na ulicach którego spacerowali mieszkańcy, a restauracje i kawiarnie tętniły życiem.

Ważnym punktem od 1969 roku był Dolarowiec.

Z kawiarnią Olimp na ostatnim piętrze i panoramą Wrzeszcza za jej oknami. Miał być elementem całego kompleksu handlowego w miejscu, gdzie obecnie stoi Manhattan. To miał być plac Świerczewskiego z kilkoma wieżowcami dookoła, w środku ze sklepami. Ale powstał tylko jeden i cała ta idea upadła.

Był podział na górny i dolny Wrzeszcz?

Nie było antagonizmów, tylko bandy wyrostków. Pierwsza była na ulicy Kossaka – rządzili, czasem okradali młode pary, które chodziły do lasu. Druga słynna to Banda Karola, która działała na przełomie lat 60. i 70. na Kościuszki. Przychodzili czasem rozrabiać całą zgrają. Ale animozji między Wrzeszczanami nie było.

Z czego był pan najbardziej dumny?

Czuło się wtedy, że Gdańsk wyróżniał się spośród innych miast. Był oknem na świat, przychodziły różne zagraniczne towary, płyty, muzyka. Tu narodził się big-bit i odbywały się koncerty: na stadionie Lechii czy w hali Stoczni Gdańskiej. Wiele z nich zespołów wystąpiło w moim III Liceum Ogólnokształcących – dyrektor Janusz Tebinka potrafił ściągnąć do szkoły Czerwono-Czarnych, czy Niebiesko-Czarnych, to była krajowa czołówka.

Co wspomina pan z największym sentymentem?

Plażę w Brzeźnie – całe lato tam spędzaliśmy. Były tam jeszcze przedwojenne zabudowania, kabiny, pomosty. Tramwaj numer 5 ruszał z ulicy i jechał jednym torem z mijankami. To były „kowbojskie” wagony, bez drzwi, tylko z barierką, więc ludzie wisieli na zewnątrz jak winogrona. Podróż trwała strasznie długo, w upale można było skonać, ale jak już dojechaliśmy na plażę to siedzieliśmy tam cały dzień.

Długo po wojnie, w Brzeźnie były stare zabudowania.

Na plaży była restauracja, kawiarnia i grała muzyka z głośników na wysokich drewnianych słupach. Można było iść na dziką plażę albo tę lepszą, płatną. Kosztowała złotówkę, co wcale nie było mało, więc wskakiwaliśmy do wody, i trzymając ubrania nad głową mijaliśmy płot sięgający kilka metrów w morze, żeby się tam dostać. Czasem przyjeżdżały studenckie kabarety i zespoły jazzowe. Na przełomie lat 60. i 70. wszystko popadło w ruinę przez sztormy i podpalenia.

Zabiera pan gości na spacery po dzielnicy?

Najchętniej do parku, bo jest na zapleczu mojego domu. Opowiadam jak to kiedyś było. Z jednego wzgórza za Kaczym Dołkiem idzie się do pięknej alei. Jak graliśmy w piłkę, to były tam samosiejki, w tej chwili wszystko zasłoniło widok na całą Zatokę, a nawet Hel. Gdański Zarząd Dróg i Zieleni odtwarza osie widokowe – jedna powstała za Wzgórzem Zinglera, ale powinno się ją poszerzyć, żeby było widać więcej Wrzeszcza. Lubię tam chodzić zimą, bo kiedy nie ma liści więcej widać. Podoba mi się rewitalizacja ulicy Wajdeloty – często chodzimy tam z rodziną na spacery. To strzał w dziesiątkę – przypomina to trochę Amsterdam. Fajnie, że zrewitalizowano część ulic Sobótki i Sienkiewicza, i odżywają pałacyki na Jaśkowej Dolinie. Serce się raduje.