WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Nie przekonam się do Wrzeszcza

– Naszym sąsiadem był niemiecki komisarz policji, major Hans Griep, który uprzedził mojego tatusia, że on i jego bracia znaleźli się na liście osób przewidzianych do wywozu do Stutthofu. Rodzice tak jak stali, spakowali się i z piątką dzieci – ja miałam już dwa lata – zostawili mieszkanie wyjeżdżając z Gdańska. Dzięki temu, że wyjechaliśmy, tatuś uratował się jako jedyny z całego rodzeństwa.

Tekst: Jakub Knera
Zdjęcie: Renata Dąbrowska

Instytut Langfuhr –

JAKUB KNERA: Jakie jest pani pierwsze wspomnienie związane z Wrzeszczem?

IRENA FLICIŃSKA: Ruiny w miejscu starego domu towarowego, tam gdzie ulica Wassowskiego wpada do alei Grunwaldzkiej. Pusty i ciemny budynek. Dopiero potem zaczęli odbudowywać pierzeję. Przyjechaliśmy do Wrzeszcza po wojnie i utkwiło mi w pamięci to miejsce.

Czy to był powrót rodziny do Wrzeszcza? Bo przecież urodziła się tu pani i mieszkała już przed wojną.

Mój tatuś, Klemens Nittka był naczelnikiem kolei w okręgu gdańskim, jego brat zawiadowcą na kolei, a drugi prowadził polską restaurację na Ogarnej – miejsce spotkań Polaków i ówczesnego ruchu oporu w Wolnym Mieście Gdańsku. Tato działał w różnych organizacjach polonijnych, Gminie Polskiej – Związku Polaków, Macierzy Szkolnej, grał w Gedanii. Przyjaźnił się z działającymi w Gdańsku Witoldem KledzikiemAntonim Lendzionem. Kiedyś wstrzymał cały niemiecki pociąg z transportem amunicji. Niejednym działaniem podpadł Niemcom.

Z tego powodu wyjechaliście z Gdańska przed wybuchem wojny?

Mieszkaliśmy na obecnej ulicy Miszewskiego, w dużym sześciopokojowym mieszkaniu. Naszym sąsiadem był niemiecki komisarz policji, major Hans Griep, który uprzedził mojego tatusia, że on i jego bracia znaleźli się na liście osób przewidzianych do wywozu do Stutthofu. Rodzice tak jak stali, spakowali się i z piątką dzieci – ja miałam już dwa lata – zostawili mieszkanie wyjeżdżając z Gdańska. Teraz po budynku nie ma śladu. Mieliśmy ogromne szczęście – dzięki temu, że wyjechaliśmy, tatuś uratował się jako jedyny z całego rodzeństwa. Jego braci zabrano do Victoriaschule i zginęli.

To przejściowy obóz jeńców cywilnych w Gdańsku, do którego trafiło kilka tysięcy osób. Co stało się z wami po wyjeździe?

Wyjazd był traumą, moja mama nigdy o tym nie mówiła. Pojechaliśmy do Torunia, bo tam mieszkał jej brat – był proboszczem w parafii św. Jakuba. Tatuś próbował przedostać się do rodziny w Ożarowie, ale aresztowano go. Do końca wojny był w Toruniu na przymusowych robotach drogowych. Był taki moment, że moja mama w trakcie wojny z jednym z moich braci pojechała do Wrzeszcza. Chciała dostać się do naszego mieszkania, żeby zabrać jakąś odzież dla dzieci. Poszła na policję i prosiła, żeby pozwolili jej tam wejść, ale przepędzili ją i kazali się cieszyć, że jej nie zamknęli.

Jedna z sióstr mojej mamy wyszła za mąż za Polaka, który później przejął barwy nazistowskie. Do końca wojny mieszkali w Gdańsku – przed wojną nazywał się Grzenia, potem Goertz – ale trzeba było być ostrożnym w stosunku do niego.

Wróciliście wszyscy w 1945?

Prawie, mojego brata zastrzelił hitlerowiec na kilka dni przed końcem wojny. Był na ulicy i wywiązała się jakaś sprzeczka. Tatuś w kwietniu 1945 roku, zaraz po wyzwoleniu, pojechał do Sopotu, a my z całą rodziną dojechaliśmy tam w maju. Jechaliśmy wagonem towarowym i widzieliśmy jak Gdańsk jeszcze dogasał.

Dlaczego po wojnie pojechali państwo do Sopotu?

To tatuś marzył żeby tam mieszkać, zaraz po wojnie była koniunktura. A może dlatego, że nie było do czego wracać? Po wojnie dom we Wrzeszczu, w którym mieszkaliśmy, już nie istniał. Tatuś pojechał do Sopotu i znalazł mieszkanie na pierwszym piętrze przy ulicy Lipowej. Po dwóch dniach NKWD je zarekwirowało i musiał przenieść się na parter. Było mnóstwo ludności napływowej. Ci, którzy służyli reżimowi komunistycznemu mieli prawo pierwszeństwa – jeśli komuś podobało się mieszkanie, dostawali je.

Ojciec dostał pracę?

Od kwietnia ponownie zaczął pracować w Polskich Kolejach Państwowych, a w Sopocie trafił do komisji weryfikacyjno-rehabilitacyjnej, która wystawiała Polakom – obywatelom Wolnego Miasta Gdańska – zaświadczenia chroniące przed pozbawieniem majątku i wysiedleniem do Niemiec.

Wspominał Gdańsk?

Mówił dużo o Gdańsku. Miał idée fixe – chciał znaleźć nasz fortepian Steinwaya, kupiony w 1937 roku we Wrzeszczu. W Sopocie szukał go wszędzie, bo liczył, że gdzieś się zachował. To był czas, kiedy właściciele większych ruchomości, w tym fortepianów, musieli je oddać. Wszystko stało na dworcu i niszczało na deszczu, choć miało być wywiezione do Rosji. A mojemu tatusiowi na niczym nie zależało tak, jak na znalezieniu Steinwaya. Ale się nie udało.

Nie tęsknił za Wrzeszczem?

Na pewno. Ale był przygnębiony po okupacji, tym, że siedział w więzieniu, reżimem stalinowskim. Miejsce, do którego wróciliśmy to nie była już ta sama Polska, a on był innym człowiekiem.

Poszła pani zobaczyć pozostałość po domu na Miszewskiego?

Wiele razy, ale Rosjanie wszystko wyburzyli w marcu 1945 roku, czerwona hołota szła i podpalała. A potem powstała stalinowska zabudowa. Wcześniej Wrzeszcz był piękny, wspaniała Grunwaldzka, a zostały tylko resztki. Na Sobótki, Wassowskiego i Matejki rosły piękne drzewa, ale zginęły bez opieki.

Ale wróciła Pani do Wrzeszcza i mieszka w nim do dziś.

W latach 50. mój przyszły mąż przyjechał na studia medyczne i wynajął mieszkanie na Wasowskiego. Po ślubie, w połowie lat 60., z nim zamieszkałam. Przyjechałam i płakałam, nie podobało mi się tu. Nie czułam się dobrze – Sopot była małą enklawą z plażą, morzem, kortami tenisowymi i Łysą Górą. A tu?

W 1964 roku nie było chyba tak źle…

No, ale plaży i Grand Hotelu nie było! (śmiech). Kiedyś moja mama chodziła z wózkiem do Parku w Jaśkowej Dolinie. Był wąski trakt, a po bokach piękne ogrody, z figurami, fontannami. Potem w plombach powyrastały budynki, biurowce, poszerzyli ulice, pozabierali ogródki.

Ale trafiła pani na kamienicę i las.

Mąż kiedyś wracał z pracy i spotkał pod domem starsze małżeństwo, które patrzyło w nasze mieszkanie. To byli Niemcy, którzy kiedyś w nim mieszkali – zaprosił ich do domu, spędziliśmy miły wieczór. Opowiedziałam historię naszej ucieczki z Gdańska i znajomości z Griepem. Nasz gość twierdził, że często bawił w jego mieszkaniu na Wasowskiego.

Jakich mieliście sąsiadów?

Kiedyś ludzie bardziej się izolowali. Obok nas mieszkał konfident Służby Bezpieczeństwa, więc staraliśmy się go unikać.  Po jego śmierci przekazano nam stertę jego donosów na nasz temat. Niemal w każdej kamienicy lokowano kryminalistów – banda Rudego, Brysika… Strach było przejść, dewastowali klatkę schodową. Ludzie nie mogli dbać o ogrody, nie było własności prywatnej, wszystko popadało w ruinę.

To gdzie pani chodziła?

Miałam małe dzieci i musiałam chodzić na spacer. Do lasu nie za często – barierą były wysokie schody, które z wózkiem ciężko było pokonać. Było też niebezpiecznie – znajomą raz okradli, biegało tędy wielu zboczeńców. Więc chodziłam po cmentarzach, które znajdywały się wzdłuż Alei Lipowej. Przede wszystkim upodobałam sobie ten przy Politechnice. Były tam piękne kapliczki zamiast grobów. Teraz przypomina o nich kolumbarium w parku Akademickim. Nadal są tam kości – gdzieś leży mój dziadek.

Nie przekonała się pani do Wrzeszcza? Powstawały nowe budynki, lokale.

Chodziłam do lasu przez Pawłowskiego w okolice Altanki Gutenberga. Tam były piękne kamienice i jest łatwiejszy wjazd. Ale centrum mi się nie podobało – to było budownictwo socrealistyczne. Teraz to może jest lepiej otynkowane i lepiej wygląda.

Gdzie chodziło się na imprezy?

Do Sopotu! Ale przed wojną duża sala była w budynku Gdańskiej Dyrekcji Kolejowej – moi rodzice tam chodzili. Po wojnie były bale leśników, prasy, lekarzy, stomatologów... W karnawale co sobotę był jakiś – to były imprezy z prawdziwego zdarzenia, muzyka grała na żywo, królował jazz, w Sopocie był festiwal. Ja jestem wychowana na jazzie i do tej pory słucham tylko tej muzyki.

Teatr Leśny był czynny dopiero od drugiej połowy lat 90. A Cristal, Newska?

Byłam w Cristalu raz. W Akwarium, z dansingami na dole, a z góry można było go oglądać, śpiewał kolega mojego męża, refrenista – student medycyny, który sobie dorabiał, miał piękny głos. Był Olimp, ale nie byłam tam do tej pory…

Już nie ma tam kawiarni.

Była jeszcze Morska, do której czasem chodziłam na kawę. I Morenka na Jaśkowej Dolinie, ale tam też nie byłam. Ludzie bawili się więcej niż teraz, a ja po prostu chodziłam do Sopotu, czasem do Gdyni do Delicji. Ale najczęściej bawiłam się w Grand Hotelu, dopóki go nie odnowiono. Był taki fajny bar, teraz jest kasyno.

Każdy mógł tam wejść?

Tak, i nie było drogo. Fajf kosztował 15 zł z konsumpcją, a dansing 30 zł z konsumpcją. Młodego lekarza, który połowę etatu był na wolontariacie, było na to stać.

Przekonała się pani do Wrzeszcza?

Nigdy! Jeździłam na plażę do Brzeźna – jeszcze były te łazienki i przebieralnie. Poświęcałam się dla dzieci i jeździłam tam prawie codziennie. Mąż nas zawoził samochodem, a wracaliśmy tramwajem. W ramach sentymentu pojechałam tam w tym roku, ale nie ma po nich śladu.

Kiedyś spacer po Grunwaldzkiej od Morskiej do Cristalu był nobilitacją.

Bo wtedy było wiele sklepików, bardzo ładna Moda Polska, delikatesy, dom towarowy. Teraz same banki. Na małe sklepiki są teraz za duże czynsze. Żyje jeszcze Apia, ale nie wiem jak oni się utrzymują (śmiech). Wrzeszcz to dzielnica biznesowa.

A spacery po Dolnym Wrzeszczu? Na Wajdeloty? Wiele miejsc odnawiają.

Moja wnuczka zaprowadziła mnie do Kurhausu, bo chciała pokazać, gdzie się teraz chodzi. Ale jak zobaczyłam te meble komunistyczne, jeszcze z tym zapachem, z plamami, z boazerią na ścianach – to wszystko przyprawiło mnie o mdłości. Jak młodzież może się tym teraz zachwycać? (śmiech)