WspomnieniaLudzieMiejscaFotoreportaż

Wypad za miasto, czyli uroki XVII-wiecznej rekreacji

Dla gdańskich patrycjuszy posiadanie podmiejskiej rezydencji było symbolem statusu społecznego i wyrazem ambicji. Także szansą na ucieczkę od ówczesnego wielkomiejskiego zgiełku: rwetesu wywołanego handlem i rzemiosłem, ciasnotą i nieprzyjemnymi zapachami.

Tekst: Michał Ślubowski

Instytut Langfuhr – Hermannshof około 1660 roku, Anthonie Waterloo.jpg
Hermannshof około 1660 roku, Anthonie Waterloo.jpg

Chcesz dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu lokalnej tożsamości?
Wesprzyj nas – zostań Patronem/Patronką Wrzeszcza!

 

Najbogatsi mieszczanie średniowiecza naśladowali swoim stylem życia rycerstwo, czego wyrazem było chociażby założenie w Gdańsku w XIV wieku Bractwa św. Jerzego, organizowanie turniejów i zawody. W XVI i XVII wieku, kiedy miasto przeżywało swój złoty okres, wielu kupców posiadało fortuny przekraczające majątki większości szlachciców. Prestiżu dodawali sobie nabywając lub dzierżawiąc posiadłości na terenach wiejskich. Najsłynniejsze przykłady to dwory przy Polankach, dzierżawione od opatów klasztoru w Oliwie. Nie inaczej było z Wrzeszczem. O jego podmiejskości mówią trzy historyczne źródła, pamiętniki Petera Mundy’ego, Roberta Bargrave’a oraz Charlesa Ogiera.

Oczami angielskich dżentelmenów – saniami do Wrzeszcza

Całe życie Petera Mundy’ego (1596–1667) było związane z podróżowaniem. Pierwsze odbywał z ojcem, handlarzem sardynkami. Jako dwunastolatek popłynęli do Rouen, najważniejszego portu Normandii. Ze rybim towarem Mundy zawinął też do Sewilli oraz Sanlúcar. W 1617 roku dotarł przez Bałkany do Konstantynopola, miasta pachnącego tysiącem przypraw. Dziesięć lat później został członkiem ekspedycji Kompanii Wschodnioindyjskiej, ale Indie to było za mało: Mundy dotarł aż do Malezji, Chin oraz Japonii. Skrzętne notatki z podróży, niekiedy opatrzone rysunkami własnego autorstwa, umieścił w Itinerarium MundiiPrzewodniku po Świecie.

Do Gdańska trafił w 1642 roku, podczas wyprawy do Niderlandów, Prus Królewskich oraz Rosji – i jak miało się okazać, Gdańsk stał się jego domem na kilka kolejnych lat. Był to Gdańsk, który przeżywał swoje najlepsze lata. Sławę zdobywał Heweliusz, a w mieście stały już ikoniczne obiekty Złotego Wieku: Dwór Artusa, Złota Brama, Wielka Zbrojownia, Brama Zielona, czy Fontanna Neptuna.

Mundy zdawał sobie doskonale z tego sprawę, ponieważ pod koniec swojego pobytu zanotował w dzienniku: Po tych wszystkich uciechach, jeszcze słowo lub dwa na temat tego miejsca i krainy, w której przyszło mi żyć tak długo i o których napisałem tak wiele. To miasto [Gdańsk] przewyższa inne w: (1) handlu, (2) dostatku, (3) umiłowaniu przyjemności, (4) dumie, oraz (5) sztuce.  Po tym wyznaniu Mundy zajął się każdą pozycją z osobna. Koniec końców, Mundy był nie tylko podróżnikiem, ale i kupcem, a dla nich Gdańsk zawsze był łaskawy.

Instytut Langfuhr – Anton Möller, Opowieść o sannie między Łęgowem a Pruszczem, 1608 r., zbiory Biblioteki Kórnickiej
Anton Möller, Opowieść o sannie między Łęgowem a Pruszczem, 1608 r., zbiory Biblioteki Kórnickiej

Zagadnienie wypadów za miasto Mundy poruszył w swojej Relacji XXXV: O Gdańsku: pewne szczególności tego miasta, w którym na chwilę osiadłem, oraz o moim wyjeździe z niego i powrocie do Anglii:

Zimą gdańszczanie używają do przemieszczania się niewielkich sań, ciągniętych przez jednego konia, które nazywają saniami „Yagh”. Niektórzy mówią, że to od słowa der Jagh, oznaczającego polowanie. Wydaje się jednak, że bardziej bliskie prawdy jest pochodzenie tego słowa od niewielkiej, szybkiej łodzi na wzór podobieństwa gładkiego sunięcia łódki przez taflę wody oraz ślizgania się sań przez lód i śnieg. Zazwyczaj w tych saniach siedzą dwie osoby: kobieta oraz mężczyzna, młodzieniec i panna itd. Mężczyzna prowadzi przez 3 lub 4 mile przez zmarzlinę: lądem do Heilighbrunn czyli świętej studni, lub do Oliwy, Sopotu itd. Innym sposobem jest przemierzanie zamarzniętej Motławy oraz Wisły, również do miejsc znajdujących się w okolicy. Sanie pędzą z wielką prędkością, wszyscy chcą siebie wyprzedzić, dlatego każdy chce dla siebie wziąć najszybszego konika.

Tak Mundy rozpoczął ustęp pt. Rozrywki w Gdańsku. Wymienia trzy miejsca, do których wybierali się gdańszczanie: Świętą Studzienkę (Heilighbrunn), Oliwę (Der Oliffe), oraz Sopot (Suppott). Na długo przed tym, jak Wrzeszcz i Gdańsk zostały połączone zadrzewioną Wielką Aleją, w tym miejscu znajdował się stary trakt, łączący miasto z Oliwą. Zimą tędy poruszały się owe niewielkie sanie.

Podobną sytuację opisał Robert Bargrave (1628–1661), kupiec lewantyński, który wydał swoje wrażenia z podróży handlowych po Europie w połowie XVII wieku. Do Gdańska przybył z południa Rzeczypospolitej. Bargrave:

Letnie rezydencje w Świętej Studzience, z których do jednej zostałem zaproszony przez angielskiego kupca Christophera Hattona, są miejscem rozrywki zbyt szlachetnej, abym mógł je zapomnieć. (…) Zimą do Świętej Studzienki młodzi dżentelmeni ze swoimi paniami udawali się w lekkich saniach, które są osadzone na dwóch długich drewnianych deskach, okutymi stalą. Sanie są ciągnięte przez jednego konia, a powożone osobiście przez młodzieńca. W ich zwyczaju jest, podczas drogi powrotnej do miasta, ścigać się z innymi saniami, a reszta mieszkańców miasta obserwuje to widowisko z okolic bram.

Bargrave używa sformułowania pleasure-houses, co można przetłumaczyć jako letnie rezydencje (za angielsko-niemieckim słownikiem Johanna Gottfrieda Flügela z 1923 roku). On Świętą Studzienkę nazywa Hyleghebrand, zdeformowaną niemiecką nazwą Heiligenbrunn.

Instytut Langfuhr – Źródło Świętej Studzienki około 1660 roku, Anthonie Waterloo
Źródło Świętej Studzienki około 1660 roku, Anthonie Waterloo

Letni odpoczynek w Holywell

Mundy tak opisał Świętą Studzienkę:

W Świętej Studzience znajduje się całkiem przyjemna ścieżka pomiędzy wzgórzami, lasami i gajami po każdej stronie, pełnymi drzew zielonych zarówno w zimie, jak i latem (w większości są to drzewa iglaste).

Okolice Gdańska, w tym Wrzeszcz, były wówczas gęsto zalesione. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku kolejne połacie lasów i pól musiały ustępować miejsca willom i kamienicom. Dzisiaj namiastką XVII-wiecznego Wrzeszcza jest spacer po Parku Jaśkowej Doliny. To stary park, założony w 1803 roku przez Johannesa Labesa (wówczas jako promenada), znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie Świętej Studzienki. Park objął swoim zasięgiem pobliskie wzgórza – Górę Jana oraz Królewskie Wzgórze. Labes skorzystał z wieloletnich doświadczeń. Gdańszczanie doceniali walory doliny u stóp zalesionych wzgórz i chętnie spędzali tutaj swój wolny czas na spacerach oraz biesiadowaniu.

Márton Szepsi Csombor (1595–1622), węgierski protestant i podróżnik, przybył do Gdańska w 1616 roku, z zamiarem zapisania się do słynnego Gimnazjum Akademickiego. To się nie udało, ale zostawił po sobie interesujący zapis podróży, w którym zawarł też wzmiankę:

W sąsiedztwie Gdańska, od zachodniej strony, jest mała wioska zwana od pobliskiego źródła Świętą Studzienką. Latem zwykli się tam zabawiać gdańszczanie, albowiem w oberży można dostać wszelkiego jadła i napitków. W ogrodzie pod drzewami owocowymi jest wiele stołów, a przygrywają tu skrzypkowie, cymbaliści, lutniści, harfiści oraz inni muzykanci.

Nazwa Święta Studzienka wywodzi się od wypływającego spod Królewskiego Wzgórza źródła, któremu przypisywano lecznicze właściwości – miało nawet przywracać wzrok tym, którzy go utracili. Te legendarne źródło wpadało do wód Potoku Królewskiego (lub też Potoku Królewskiej Doliny), który swą nazwę wziął od pobytu Jana III Sobieskiego oraz Augusta II Mocnego w pobliskim dworze. Relikty tego źródła można zobaczyć dzisiaj między ulicą Traugutta a Do Studzienki. Dlatego jedno z etymologicznych wytłumaczeń niemieckiej nazwy Wrzeszcza – Langfuhr, wywodzi się od Długiego Brodu – który trzeba było przebyć, chcąc dostać się do Gdańska.

W pobliżu Świętej Studzienki, w rejonie dzisiejszych ulic Matejki, Wassowskiego oraz Pileckiego, znajdował się Hermannshof, wymieniany w źródłach z drugiej połowie XVII wieku. Właściciel majątku, Herrmann Honrich, założył u stóp Góry Jana gospodę wraz z ogrodem. Majątek Hermanowo przetrwał aż do XIX wieku, kiedy to całe sąsiedztwo zostało zabudowane. Zaniknął wiejski charakter tego miejsca, a wiek XX dokończył dzieła – stare zabudowania wyburzono, a na ich miejscu postawiono kamienice.

Instytut Langfuhr – Dwór Świętej Studzienki w \
Dwór Świętej Studzienki w "50 widokach Gdańska" Matthaeusa Deischa

Mój dwór, moja twierdza

Charakter gdańskich dworów i parków oddał też Charles Ogier (1595–1654), który zapisał w 1636 roku:

19 kwietnia: Oglądaliśmy kilka nieźle urządzonych ogrodów, zwłaszcza ogród Karola Schwartzwalda. Tulipany tu jeszcze nie wzeszły, natomiast zakwitły już fiołki i żółte narcyzy.

25 kwietnia: Pojechaliśmy do podmiejskiego dworku Elżbietki. Stoi on w kotlince. Jest całkowicie drewniany, ale wygodny i dobrze zaopatrzony. Uroczy ogród poprzecinany jest strumykami i kanałami. Mnóstwo tam drzew owocowych, ale jeszcze nie kwitły.

Ślady podobnych dworów są dobrze widoczne do dzisiaj. Relikty Dworu Świętej Studzienki (znanego też jako Dwór Studzienki, lub Zielony Dwór) przy ulicy Traugutta 94/96 pochodzą z XVIII wieku – barokowe założenie obiektu można dzisiaj poznać po mansardowym dachu i lukarnach.

W pobliżu znajduje się XVII-wieczny Dwór Królewskiej Doliny, zbudowany staraniem Zachariasza Zappio (ok. 1620–1680), browarnika i słynnego gdańskiego filantropa. Chociaż ten teren dzisiaj należy do Wrzeszcza, w przeszłości mieścił się w granicach osady Suchanino.

Pierwotnie był znany jako Zielone Źródło. Podobnie jak inne podmiejskie rezydencje, również ta posiadała rozległy ogród ze stawami. W 1677 roku w dworze Zappia gościł król Jan III Sobieski. Za życzeniem monarchy zaczęto nazywać cały teren Królewskim – stąd nazwa dla dworu, doliny oraz potoku, który przez nią przepływa. Swój status rezydencja potwierdziła również na początku XVIII wieku, kiedy gościł w niej król August II Mocny. Dzisiaj w budynku Dworu Królewskiej Doliny przy ul. Do Studzienki 36 funkcjonuje przedszkole, ale wciąż można iść na spacer po niewielkim parku.